Dzisiaj jest niedziela, 30 kwietnia 2017 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku

Jakiego muzeum Chojna potrzebuje?

Tytułowe pytanie zawiera w sobie odpowiedź na inne, które zdawać by się mogło dzisiaj bardziej oczywiste: Czy Chojna muzeum potrzebuje? Jestem historykiem i dla mnie odpowiedź może być jedna. Jestem też byłym mieszkańcem Chojny, który często tu wraca i który nie patrzy na miasto z dystansem, a więc nie odpowie inaczej niż: tak. Stąd założyłem, że skoro nie ma sensu pisać oczywistości, wyjdę nieco krok do przodu i spróbuję mieszkańcom-czytelnikom przedstawić, jaką placówkę widziałbym w swoim mieście.

Muzeum miejskie w Chojnie już kiedyś, choć bardzo krótko, istniało. Powstało 8 sierpnia 1920 roku i być może działało do końca wojny. Mieściło się w trzech salach po dawnym areszcie miejskim w ratuszu i obejmowało zbiory od czasów prehistorycznych aż po współczesność. Jeżeli do zbiorów muzealnych dodamy bogate zasoby archiwum miejskiego, to przedwojenny historyk dysponował fundamentalnym i kompleksowym materiałem źródłowym do odtwarzania dziejów miasta i regionu. Truizmem - ale koniecznym do przytoczenia - jest, że II wojna światowa spowodowała szkody, które z naszego punktu widzenia są nie do odrobienia, ale może przynajmniej w części – do zniwelowania.
I tu rysuje nam się pierwsze zadanie, które powinno zostać postawione przed muzeum: próba odtworzenia materiału źródłowego do dziejów Chojny. Poprzez zwrócenie się o kopie wszelkich dokumentów do instytucji i osób prywatnych oraz penetrację i zebranie dostępnych na rynku antykwarycznym oryginałów być może uda się, w możliwie dużym stopniu, zebrać w jednym miejscu wszystko, co dotyczy miasta. Trudna do określenia jest skala i zasięg takiego przedsięwzięcia, jednak - jako naukowiec z jednej strony i kolekcjoner chojnianów z drugiej - mogę stwierdzić, że jest to proces stosunkowo prosty organizacyjnie do przeprowadzenia.
Teraźniejszość już jutro stanie się przeszłością, dlatego dokumentowanie historii w najbliższym dla żyjących wymiarze powinno stać się drugim priorytetem funkcjonowania muzeum. Zachowanie materialnych śladów obecnej rzeczywistości dla przyszłych pokoleń stanowi wręcz nasz obowiązek. Chociażby po to, aby kiedyś ktoś nie stanął przed podobnym problemem, przed jakim staje dzisiaj historyk, chcący pisać o średniowiecznych czy nowożytnych dziejach Chojny. Muzeum powinno więc gromadzić dzieła lokalnych twórców, pamiątki wydarzeń tu i teraz się odbywających, wszelkie dokumenty życia społecznego.
Wydaje się, że ciekawym zadaniem postawionym przed taką placówką byłaby specjalizacja w skali regionu. Dla przykładu: w Miejskiej i Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Gorzowie znajdują się unikatowe w skali kraju zbiory nowomarchijskiej kartografii. Dlaczego dobrze prowadzone muzeum chojeńskie nie miałoby sięgnąć do innego zaniedbanego obszaru: nowomarchijskiej ikonografii?

Żadne muzeum nie spełni swojej roli, jeśli jego zbiory nie zostaną w jakikolwiek sposób udostępnione innym. A więc należy je odpowiednio opracować i – przede wszystkim – przedstawić mieszkańcom. Tworzenie nowoczesnego muzeum to wyzwanie, wymagające szerokiego spojrzenia. Wiedza o mieście musi zostać przekazana w sposób profesjonalny, ale i atrakcyjny - tak, aby przyciągnąć młodych ludzi. Muzeum powinno więc, obok placówki naukowej, spełniać funkcję pedagogiczną i stanowić swego rodzaju pomoc naukową dla nauczycieli. To bez wątpienia pomoże w zintegrowaniu lokalnej społeczności i rozbudzeniu lokalnej tożsamości.
Zadania, jakie muzeum miałoby pełnić, atrakcyjność dla odwiedzających, o której wspomniałem wyżej oraz odpowiednio przygotowane pomieszczenia to podstawowe czynniki, które powodują, że Chojnie potrzebne jest właśnie muzeum. Izba pamięci czy punkt informacji turystycznej stanowić mogą co najwyżej protezę i substytut, a poprzez uproszczenia i powtórzenia ogólnie znanych „prawd” zrobią dla lokalnej wiedzy historycznej więcej złego niż dobrego. Poza tym ranga miasta w przeszłości, pozycja historyczna, która musi zostać wyeksponowana, wielość aspektów życia kulturalnego i politycznego to kolejne argumenty, które przemawiają za poważnym potraktowaniem inicjatywy.

Nawet krótki i ogólny zarys pokazuje, że miasto samo nie udźwignie tak ambitnego projektu, tym bardziej, że są rzeczy pilniejsze i ważniejsze niż kultura. Może jednak pomóc - w granicach dozwolonych prawem, dobrą wolą i określonych potrzebami miasta – chociażby potraktowanie muzeum jako elementu oferty turystycznej. Problem stanowią jednak przede wszystkim fundusze, a także odpowiednie pomieszczenia (trzy sale w ratuszu to stanowczo za mało). I to zdaje się być także wskazówką, że należy finansowania poszukać w środkach pozabudżetowych, być może europejskich. Doskonale zdaję sobie sprawę, że przeciwnicy „miękkich dotacji” będą przeciwni, „i lepiej niech nie będzie nic, niż coś za pieniądze Unii”. Stoję jednak na stanowisku, że to powinien być główny kierunek w którym zmierzać będą myśli decydentów. Oczywiście pod warunkiem, że sama idea zyska społeczną akceptację.
Radosław Skrycki

Autor jest doktorem historii, pracuje w Instytucie Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego. Od dwóch lat organizuje konferencje naukowe o dziejach Chojny i okolic, redaguje podsumowujące je wydawnictwa.
("Gazeta Chojeńska" nr 44 z 28.10.2008)


Muzeum w Chojnie

W nr. 44 zamieściliśmy tekst Radosława Skryckiego pt. „Jakiego muzeum Chojna potrzebuje?”. Autor odwołuje się do bogatej tradycji miasta, w którym placówka taka funkcjonowała przed wojną. Muzeum miałoby zająć się m.in. odtworzeniem materiału źródłowego do dziejów Chojny. „Poprzez zwrócenie się o kopie wszelkich dokumentów do instytucji i osób prywatnych oraz penetrację i zebranie dostępnych na rynku antykwarycznym oryginałów być może uda się, w możliwie dużym stopniu, zebrać w jednym miejscu wszystko, co dotyczy miasta” - napisał dr Skrycki. Inne priorytety to dokumentowanie materialnych śladów obecnej rzeczywistości, funkcje pedagogiczne, integrowanie społeczności i rozbudzenie lokalnej tożsamości. „Izba pamięci czy punkt informacji turystycznej stanowić mogą co najwyżej protezę i substytut. Ranga miasta w przeszłości, pozycja historyczna, która musi zostać wyeksponowana, wielość aspektów życia kulturalnego i politycznego to kolejne argumenty, które przemawiają za poważnym potraktowaniem inicjatywy” - uważa autor i dodaje, że źródeł finansowania należy szukać także w środkach pozabudżetowych, w tym unijnych.
Dzisiaj drugi głos na ten temat.

Z wielkim zadowoleniem przeczytałem tekst mojego przyjaciela Radosława Skryckiego w „Gazecie Chojeńskiej” sprzed czterech tygodni na temat przyszłego muzeum w Chojnie. Podobnie jak on, uważam potrzebę jego powołania za kwestię poza wszelką dyskusją. Chojna, jak wiele innych miejscowości naszego regionu, musi posiadać ze względu na swoją chlubną przeszłość muzeum. Miasto to, leżące na południu województwa wcześniej szczecińskiego, a dziś zachodniopomorskiego, zostało niejako sztucznie włączone do Pomorza po 1945 r. Do tego czasu od XIII w. było - obok Myśliborza i Gorzowa - jedną ze stolic części Wschodniej Brandenburgii, zwanej Nową Marchią. Zbiory istniejących na tym terenie muzeów i archiwów zostały podczas działań wojennych i związanych z nimi grabieży rozproszone, zaś władze polskie, wykorzystując po wojnie mit Ziem Odzyskanych (odwołujący się tylko do polskiej/pomorskiej/słowiańskiej przeszłości tych obszarów), doprowadziły do niemal zupełnego roztrwonienia nowomarchijskich pamiątek przeszłości, gdyż wiązała się ona z Brandenburgią i Prusami – ikonami niemieckiego Drang nach Osten. Polacy z wiadomych powodów przez długie lata nie byli zainteresowani tym spadkiem. Typowym przykładem takiego postępowania było pozostawienie na pastwę losu jednego z najcenniejszych obiektów romańskich w Polsce – kaplicy templariuszy w Rurce jako obiektu o wręcz antysłowiańskiej (czytaj: antypolskiej) wymowie.

Wracając do artykułu R. Skryckiego, w którym przedstawił on bardzo śmiałą koncepcję placówki muzealnej, łączącej w swej działalności także funkcję archiwum (przez gromadzenie materiału źródłowego), zgadzam się z większością jego propozycji. Chciałbym je tu niejako uzupełnić i wskazać na inną stronę funkcjonowania muzeów, której zazwyczaj nie dostrzegamy. Większości z nas kojarzą się one jedynie z salami, wystawami, wernisażami i związanymi z nimi wykwintnymi zazwyczaj spotkaniami. Ale to tylko szczyt góry lodowej.
W czym zatem powinna tkwić istota muzeum dla Chojny, tak bardzo przetrzebionej z pamiątek przeszłości? Moim zdaniem przede wszystkim w (posłużę się tu sformułowaniami z ustawy o muzeach) gromadzeniu dóbr kultury, katalogowaniu i naukowym opracowywaniu gromadzonych muzealiów, przechowywaniu ich w warunkach zapewniających zachowanie ich stanu oraz bezpieczeństwo, a także udostępnianie ich do celów naukowych i edukacyjnych. Jako przykład podam krytykowane przez wielu Muzeum Powstania Warszawskiego. Jego siła leży nie w ekspozycji, ale w tym, że jest ono miejscem, gdzie wielu powstańców może przyjść z zatajonymi przez wiele lat swoimi skarbami i zostawić je z nadzieją że będą one zachowane, zakonserwowane, udostępnione do badań, zaś ich wielki czyn nie przykryje patyna czasu. Chojna (nie tylko zresztą ona) takiej właśnie instytucji potrzebuje, której moglibyśmy przekazywać odnajdywane lub pieczołowicie przechowywane pamiątki przeszłości - tej polskiej: tutejsze i przywiezione z różnych części świata po 1945 r. - oraz tej niemieckiej, o którą nie ma kto się już tu upomnieć, podobnie jak o schedę po starożytnych Rzymianach w Europie Zachodniej i Południowej, która jest jednak wszędzie pieczołowicie chroniona. W muzeum wszystkie muzealia są zabezpieczone, wpisane do inwentarza, stanowią dobro ogólnospołeczne, dlatego też darczyńcy nie muszą się obawiać, że zaginą lub zostaną rozkradzione. Dlatego aby nie utracić na zawsze pamiątek przeszłości, już dziś trzeba pomyśleć - choćby wzorem Goleniowa - o powołaniu Ośrodka Dokumentacji Dziejów Ziemi Chojeńskiej, który rozpocząłby gromadzenie i opracowywanie zbiorów, bez których nawet najnowocześniejsze muzeum będzie zawsze puste, a w przyszłości stałby się integralną częścią muzeum.

Dla Chojny najlepszym i chyba jedynym rozwiązaniem jest powołanie muzeum samorządowego. Samorząd jako gospodarz regionu powinien zainicjować działania zmierzające do jego powstania oraz zobowiązać się do zapewnienia długoterminowych i niezależnych od układu sił politycznych środków (nie tylko finansowych, ale przede wszystkim wsparcia administracyjnego, które go nic nie kosztuje). W dzisiejszych czasach istnieje wiele możliwości pozyskania funduszy, które mogą pokryć większą część kosztów funkcjonowania muzeum: bogate fundacje, do wykorzystania są też granty wojewódzkie, ministerialne oraz europejskie. Jednak aby je otrzymać, potrzebny jest pierwszy krok: przygotowanie odważnego przyszłościowego projektu, najlepiej przez zespół złożony ze specjalistów i regionalistów znających teren oraz np. nauczycieli rozumiejących jego potrzeby edukacyjne.

Aby powstało w Chojnie muzeum, potrzebne jest zatem zaangażowanie nie tylko miejscowych władz, ale i społeczeństwa, gdyż na obydwu spoczywa odpowiedzialność za przechowanie dziedzictwa ziemi, na której się mieszka. W przypadku społeczeństwa nie mam na myśli datków pieniężnych, ale aktywne włączenie się do dyskusji na temat przyszłego muzeum oraz przekazywanie pamiątek, a także tak modny dziś wolontariat – to już jest bardzo dużo. Nowoczesne muzeum stanie się na pewno dumą miasta i jego włodarzy, kulturalną mekką południa województwa, miejscem spotkań, odczytów, projekcji filmów, konferencji, przyjezdnych wystaw czasowych, które omijają z powodu braku odpowiedniego miejsca wiele miast. Dzięki muzeum oraz odbudowanemu kościołowi Mariackiemu i pozostałym wyjątkowym zabytkom, a także wartościom przyrodniczym okolic, Chojna stanie się miejscem, w którym warto będzie się zatrzymać, zwiedzić, a tym samym wydać trochę pieniędzy, czemu sprzyja położenie miasta na przecięciu kilku szlaków komunikacyjnych. Wspomniane przeze mnie wyżej dawne metropolie nowomarchijskie - Myślibórz i Gorzów posiadają już placówki muzealne, posiada je również wiele innych miejscowości regionu i ciągle tworzone są nowe, czego ostatni przykład dał Goleniów ze swoim Żółtym Domkiem. Najwyższy czas na Chojnę.
Paweł Migdalski

Autor jest szczecińskim historykiem związanym z Instytutem Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego. Wiceprezes Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Cedyńskiej. Zajmuje się tematyką miejsc pamięci, historiografią, historią Pomorza i stosunków słowiańsko-duńsko-niemieckich. Autor m.in. książki „... w tej strażnicy Rzeczypospolitej. Rejon Pamięci Narodowej Cedynia - Gozdowice - Siekierki” (Szczecin-Poznań 2007) oraz kilku artykułów dotyczących dziejów Cedyni, Chojny i ich okolic.
("Gazeta Chojeńska" nr 48 z 25.11.2008)


Porozmawiajmy o muzeum

Most w Widuchowej
Prawie 100 lat temu, 1 czerwca 1912 roku, obywatele miejskiej gminy Fiddichow (dzisiaj Widuchowa) złożyli do Jego Ekscelencji Królewskiego Ministra pana von Breitenbacha podanie o pozwolenie na budowę mostu przez Odrę. Zamierzano także zbudować przez poldery na Międzyodrzu dwukilometrowy wał drogowy, który miał połączyć Fiddichow z traktem na zachodnim brzegu Odry. Od wieków łączył on Berlin ze Szczecinem, a w państwie pruskim miał duże znaczenie militarne. Mieszczanie podkreślali, że trasa kolei Stettin (Szczecin) – Küstrin (Kostrzyn) bezpośrednio przez miasto nie przebiega, czyli do dworca daleko, a regulacja Odry powoduje duże utrudnienia w transporcie wodnym – wszystko to hamuje rozwój interesów i przynosi straty. Na koszt własny sporządzono wymaganą dokumentację, zebrano również własnym sumptem środki zarówno na budowę mostu, jak i drogi przez poldery, gdyż mieszkańcom bardzo zależało na bezpośrednim połączeniu z ważnym szlakiem komunikacyjnym.
Wyobraźmy sobie tylko, ile rozmów kręciło się wokół tego tematu każdego dnia u piekarza, rzeźnika, w szynku czy przy łodziach nad rzeką... Który z obecnych mieszkańców Widuchowej wie, jak potoczyły się losy wniosku? Chyba żaden. Można się było o tym dowiedzieć na wystawie „Mosty. Historia i historie z doliny Dolnej Odry” jesienią 2008 w Muzeum Miejskim w Schwedt. Wystawa była przygotowana w języku niemieckim, więc nie wszyscy odwiedzający ze wschodniego brzegu Odry mogli skorzystać z niej w pełni.

Po co Polakowi niemieckie anegdoty
Jednak czy taka wiedza jest nam dzisiaj w ogóle potrzebna? Właściwie po co nam niemieckie anegdoty? A jak kupujemy używany samochód, to nie jest ważne, kto był jego poprzednim właścicielem i co z tym samochodem robił? Porównanie może wydać się nie na miejscu, jednak w gruncie rzeczy nie jest takie absurdalne. Piastowska przeszłość piastowską przeszłością, ale przecież obecni mieszkańcy przyszli tu i zamieszkali na terenie, na którym gospodarowali kiedyś Niemcy, czyli przejęli „używane” domy, „używane” urządzenia melioracyjne i wodne, „używane” pola i łąki. Myślę, że nikomu nie zaszkodziłaby wiedza o tym, jak żyli tu ludzie przed II wojną światową i wcześniej. Parę anegdot pozwoliłoby nam poczuć się jeszcze bardziej u siebie. Jednak czy musimy być w tym względzie zdani na naszych niemieckich sąsiadów? Czy nie możemy zająć się zbieraniem takiej wiedzy o swoim miejscu zamieszkania sami? Myślę, że skoro jesteśmy obecnymi gospodarzami tej ziemi, to jest to wręcz naszym obowiązkiem. Poza tym nowe granice zmieniły przedwojenny układ geograficzny tej części Europy. Na przykład Chojna znalazła się na zachodnim krańcu Polski i tak jest przez wielu postrzegana, jednak (najpóźniej po wejściu Polski do EU) jest przecież nie tylko „końcem świata”, jest także u wrót Polski. Warto to pokazać każdemu, który te wrota przekracza.

Amator kontra instytucja
Znam wiele osób z naszego nadodrzańskiego kąta, które zbierają stare pocztówki swojej miejscowości. Niektórzy dysponują naprawdę imponującą kolekcją i mają też niemałą wiedzę o przeszłości ich wsi czy miasta. Jest to bardzo cenne, jednak nie zastąpi pracy fachowców, którzy będą umieli zająć się zbieraniem danych i eksponatów, ich opracowaniem i udostępnianiem szerokiej publiczności. Dlatego, nie będąc mieszkanką Chojny, zazdroszczę władzom i obywatelom miasta takiej osoby jak Radosław Skrycki, który jest nie tylko fachowcem, ale i miłośnikiem Ziemi Chojeńskiej. W swoim apelu-artykule „Jakiego muzeum Chojna potrzebuje” („GCh” nr 44 z 28.10.08) przedstawił on z wielkim zaangażowaniem koncepcję, która zapiera dech w piersiach. Tak, jestem zdania, że właśnie takiego muzeum potrzebuje miasto z tak ciekawą historią jak Chojna. Muzeum, które byłoby dumą mieszkańców i wizytówką miasta, a jednocześnie pełniłoby rolę ośrodka kulturalnego i edukacyjnego. Tego nie zapewni nawet wielotysięczna rzesza kolekcjonerów starych pocztówek czy nawet najprężniej działająca biblioteka czy punkt informacji turystycznej.

Na zakończenie pozostaje mi życzyć sobie i pozostałym mieszkańcom naszego regionu, aby zarówno Radosław Skrycki, jak i Paweł Migdalski, który również z entuzjazmem opowiedział się za utworzeniem muzeum w Chojnie, łaskawszym okiem spojrzeli także na nie-chojeńskie kopciuszki, jak chociażby Widuchowa, i pomyśleli o stworzeniu Muzeum Doliny Dolnej Odry.
Saba Keller (Widuchowa)
("Gazeta Chojeńska" nr 2 z 13.01.2009)


Czy Chojna zasługuje na muzeum?

Idea powstania w Chojnie muzeum nie spotkała się dotąd z reakcją władz gminy ani osób odpowiedzialnych w mieście za kulturę, ale za to wywołała spory rezonans specjalistów po obu stronach Odry. Dzięki temu znalazła się w programie trzydniowego spotkania regionalistów z Polski i Niemiec, które od 18 do 20 lutego trwało we Frankfurcie nad Odrą i Słubicach pod hasłem "Naprzód i nie zapomnieć? Region, historia a społeczeństwo obywatelskie". Organizatorem był Instytut Historii Stosowanej we Frankfurcie. Wśród uczestników był m.in. prof. Robert Traba - dyrektor Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. W celu przybliżenia idei chojeńskiego muzeum zaproszono dr. Radosława Skryckiego z Uniwersytetu Szczecińskiego. Przypomnijmy, że zainicjował on dyskusję tekstem w "Gazecie Chojeńskiej" nr 44 z 28 października ub. roku ("Jakiego muzeum Chojna potrzebuje?"). Zaproszono też autorów kolejnych artykułów: Pawła Migdalskiego - również z US ("GCh" nr 48) i Sabę Keller z Widuchowej ("GCh" nr 2 z br.). Wszystkie te dotychczasowe teksty można znaleźć na naszej stronie (www.gazeta.chojna.com.pl/index.php?id=muzeum).

W tym samym bloku projekt muzeum odrzańskiego (planowanego w środkowym biegu rzeki) omawiała dr Beata Halicka z Europejskiego Uniwersytetu Viadrina. Inne tematy frankfurcko-słubickiego spotkania i warsztatów to: "Po śladach historii na pograniczu", "Histurystyka - turystyka odkrywa historię", "Ucieczka, migracja i polityka integracyjna", "Radzieckie pozostałości. Wspólne tabu?", "Wspólnie przeciwko rasizmowi" oraz "Maluch albo SB? Pamięć PRL i NRD". Jednak najwięcej dyskusji wywołały kwestie muzealne. Nie brakowało głosów, że w Chojnie powinno powstać nawet muzeum całej Nowej Marchii, a nie tylko placówka lokalna. Od strony formalnej chyba najbardziej realne jest muzeum samorządowe, bo trudno liczyć na fundusze państwowe, zaś muzeum prywatne to raczej tylko teoria.

Jak dotąd, w sprawie ewentualnego muzeum w Chojnie głos zabierają jedynie osoby spoza gminy, co jest dość żenujące i nie wystawia dobrego świadectwa miastu (w tym dużemu środowisku nauczycielskiemu, które - jak zwykle - jest głuche i nieme). W rezultacie nie istnieje tu dotąd nawet mała izba regionalna, choć są w dużo mniejszych gminach. O muzeum trzeba dyskutować, także krytycznie, ale trzeba. Wszelkie takie pomysły należy doceniać, zwłaszcza gdy brakuje ich w samym mieście (np. w kwestii wykorzystania w przyszłości ogromnego obiektu odbudowywanego kościoła Mariackiego, który być może świetnie nadawałby się m.in. na regionalne muzeum). Tymczasem Chojna - podobnie jak cała Polska - wydaje się być dotknięta demokracją sondażową: rządzący zajmują się głównie albo jedynie tym, co bezpośrednio przełoży się na głosy wyborców. Taki problem ze stosunkiem władz do prawdziwej kultury występuje w wielu innych gminach, ale to marne pocieszenie. Inna sprawa, że część radnych krytykuje Centrum Kultury, ale głównie w aspekcie personalnym. O modelu kultury w gminie i koniecznych zmianach trzeba rozmawiać, ale niepoważnie wygląda, gdy radni krytykują dom kultury, nie uczestnicząc (poza paroma osobami) w żadnych imprezach!
Jak na razie pytanie "Jakiego muzeum Chojna potrzebuje?" wypada zastąpić innym: "Czy Chojna i jej mieszkańcy zasługują na muzeum?". Chyba że obudzą się ludzie odpowiedzialni za dalszy los tej idei i udowodnią, że troska o tożsamość lokalną mieszkańców i nasze głębsze zakorzenienie na tej ziemi to nie tylko puste frazesy.
Robert Ryss
("Gazeta Chojeńska" nr 8 z 24.02.2009)


Chojna zasługuje na muzeum

Pytanie zdaje się być retoryczne, zwłaszcza w świetle spotkań dotyczących tworzonego planu rozwoju gminy. Głównym kierunkiem owego rozwoju ma być turystyka. A turyście nie wystarczy jedynie spanie i jedzenie. On potrzebuje, by go czymś zainteresować. Mało tego, nie da się ukryć, że Chojna już jest jednym wielkim muzeum, biorąc pod uwagę zachowane oryginalne średniowieczne elementy architektury centrum miasta. Ten walor należy wykorzystać w jak największym stopniu, gdyż jest to element wyróżniający miasteczko spośród innych miast Polski i Niemiec. Wystarczy więc nadać "kształt administracyjny" istniejącym obiektom.

Przychylam się do stanowiska przedstawionego w ostatnim numerze "GCh" (artykuł "Czy Chojna zasługuje na muzeum?"), że szczególnie władze gminy powinny być zainteresowane utworzeniem i utrzymywaniem muzeum. Gdybym miała wpływ na lokalizację takiej placówki, wykorzystałabym wszystkie istniejące jeszcze obiekty, znajdujące się przy murze miejskim w sąsiedztwie Bramy Barnkowskiej, nie jedynie samą bramę. Uprościłoby to tematyczne rozlokowanie zbiorów, które w związku z burzliwą historią miasta byłyby bardzo różnorodne. Wymusiłabym ścieżkę historyczno-edukacyjną wzdłuż murów, która poprowadzi turystę wzdłuż interesujących fortyfikacji i zachęci do odwiedzenia kolejnych zachowanych czatowni, zaadaptowanych na obiekty wystawiennicze, dziś niestety, mało wyeksponowanych.

Takie muzeum będzie musiało sprostać oczekiwaniom nowych czasów i być multimedialne. Dziś idea jedynie martwych gablot - jak na Szlaku Pamięci Narodowej - jest niewystarczająca. Wszystko powinno się ruszać, brzmieć dźwiękami, przekazywać informację na zasadzie interakcji zwiedzającego z wystawianym obiektem. Zrozumiano to dobrze w Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie, a także w Muzeum Żydowskim w Berlinie. Oczywiście to powinno być w chojeńskiej skali. Obiekty przymurza wraz z bramami miejskimi są wystarczające. Kościołowi Mariackiemu pozwoliłabym żyć własnym, ekumenicznym i artystycznym życiem, dokumentowanym ekspozycjami dotyczącymi tylko tego obiektu oraz inicjatyw z nim związanych.
Ideałem byłoby, gdyby jeszcze odbywały się tam aktywne zajęcia dydaktyczne, pozwalające spróbować samemu dawnych zajęć. Taka propozycja podnosi obecnie atrakcyjność muzeum w Szczecinie, a także miejscowość Altranft po drugiej stronie granicy korzysta z jej dobrodziejstw z powodzeniem.

Tak więc, panie redaktorze, mieszkańcy Chojny bez wątpienia na muzeum zasługują, nawet jeśli jeszcze nie mają odwagi o tym marzyć. A powinni ją zacząć mieć, jeśli chcą być gminą turystyczną.
DoDoHa
("Gazeta Chojeńska" nr 9 z 03.03.2009)


Odra w sieci

Odra postrzegana była w drugiej połowie XX wieku przede wszystkim jako rzeka graniczna, jako symbol podziału Europy po drugiej wojnie światowej. Dopiero otwarcie granic pod koniec ub. wieku i przystąpienie Polski do Unii Europejskiej zmieniło ten stan rzeczy. Nadodrze, pozostające przez wiele dziesięcioleci zachodnią prowincją Polski i wschodnią Niemiec, przesunęło się tym samym (przynajmniej geograficznie) do centrum Europy.
Czy zmiany na politycznej mapie Europy spowodowały, że przestaliśmy być prowincją? Fakt, że kogoś lub siebie postrzegamy jako prowincjuszy, ma zawsze charakter subiektywny i może być wyrazem stereotypowego myślenia o innych lub własnych kompleksów. W globalnej wiosce, jaką stała się nasza planeta, miejsce zamieszkania już dawno nie świadczy o horyzontach człowieka.
Nieco inaczej sprawa się ma z postrzeganiem regionu jako prowincji. Do tego określenia odnieść można pewne kryteria, które świadczą o tym, na ile dany region nadąża za zjawiskami gospodarczymi, kulturalnymi i społecznymi, zaliczanymi powszechnie do postępowych. Oczywiście są to zazwyczaj kryteria płynne i nie jest celem niniejszego artykułu wyznaczać im konkretne ramy. O wiele bardziej interesujące jest natomiast przyjrzenie się, jak mieszkańcy Nadodrza - przez dziesięciolecia postrzeganego jako prowincja - radzą sobie z taką stygmatyzacją i jakie podejmują kroki, aby to zmienić. Temat to niewątpliwie bardzo szeroki, który mógłby zainspirować licznych badaczy, ja natomiast chciałabym się skupić na inicjatywach kulturalnych, dotyczących historii regionu i rodzinnych miejscowości, które są dowodem budowania tożsamości regionalnej i pozbywania się kompleksu prowincjonalizmu.

Od dwóch dziesięcioleci zaobserwować można w miastach, miasteczkach i wsiach zachodniej Polski zwrot ku historii regionalnej. Zazwyczaj zaczyna się od publikacji, ewentualnie ekspozycji starych pocztówek i dawnych widoków miejscowości. Grono zainteresowanych i kolekcjonerów pamiątek z czasem się powiększa, organizowane są kolejne wystawy, uroczystości, wydawane broszury i publikacje. Ponieważ są to inicjatywy oddolne, ich natężenie oraz ukierunkowanie zależy od wpływów, poglądów oraz siły przebicia poszczególnych osób, a także od nastawienia władz samorządowych, które zazwyczaj w takich inicjatywach uczestniczą. Stroną w takich działaniach bywają też byli niemieccy mieszkańcy, choć ich udział zależy często od konstelacji osobowych i możliwości komunikowania się. Jak to wygląda w praktyce, postaram się pokazać na przykładzie kilku miast nadodrzańskich. Ich związek z Odrą jest nie przypadkowy i wynika z badań prowadzonych przeze mnie w ramach projektu "Odra-Oder" na Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą.
Jednym z elementów projektu było nawiązanie współpracy z instytucjami muzealnymi w miastach nadodrzańskich w celu wypracowania wystawy pt. "Oder-Panorama - Panorama Odry", która od 2006 r. pokazywana jest na terenie Nadodrza. Docelowo planowane jest umieszczenie wystawy jako stałej ekspozycji we Frankfurcie lub Słubicach, tworząc tym samym podstawę do planowanego Muzeum Odry. Istniejące na terenie Nadodrza muzea i izby muzealne odgrywają znaczącą rolę w popularyzowaniu historii regionalnej. Ich efektywność zależy od zaangażowania i kompetencji poszczególnych ludzi, a przede wszystkim umiejętności uczynienia muzeum miejscem atrakcyjnym dla odwiedzających i poprzez dodatkowe inicjatywy przyciągnięcia do nich jak największej grupy mieszkańców.

Wśród miast nadodrzańskich w tej kwestii niewątpliwie wyróżnia się Nowa Sól - miasto przemysłowe, jedno z najmłodszych w regionie, którego początki sięgają zaledwie XVI w. Dziś jest to miejscowość ponad 40-tysięczna, z prężnie działającym Muzeum Miejskim, pełniącym - poza wystawienniczymi - również funkcje edukacyjne i wydawnicze, obejmujące cały powiat. Pracownicy muzeum aktywnie uczestniczą w życiu kulturalnym regionu, a poprzez liczne publikacje książkowe i artykuły w prasie regionalnej wpływają na kształtowanie się tożsamości regionalnej mieszkańców. Muzeum jako jedno z pierwszych w regionie przygotowało jeszcze w latach 90. ekspozycję poświęconą niemieckiej historii miasta, którą oglądać można do dziś i która stała się wzorem dla innych miast. Z rozmów można odnieść wrażenie, że owo odkrywanie przeszłości miasta odbywa się jednak bez większego udziału byłych jego mieszkańców sprzed 1945 r. Trudno te relacje oceniać, gdyż uzależnione są one od indywidualnych predyspozycji osób w takiej współpracy uczestniczących.

Wstydliwa przeszłość czy bogactwo?
Z podobnymi postawami w stosunku do historii miasta mamy do czynienia w Krośnie Odrzańskim, które z kolei należy do najstarszych miast w Polsce, posiada prawa miejskie już od początku XIII w., a pierwsza historyczna wzmianka pochodzi z 1005 r. To miasteczko u ujścia Bobru do Odry było jednym z grodów wczesnego państwa piastowskiego, a śląski książę Henryk Brodaty wybudował tu kamienny zamek. Z inicjatywy mieszkańców i przy wsparciu władz udało się w ostatnich latach częściowo odbudować ruiny zniszczonego w 1945 r. zamku. Jako pierwsza zaadaptowana została część bramna i powstała izba muzealna, w której oglądać można było widoki dawnego, przedwojennego miasta ze wspaniałą barokową zabudową rynku. Ekspozycja wzbudziła ogromne zainteresowanie mieszkańców, którzy spontanicznie przynosili do zamku znalezione na poddaszach pamiątki i rupiecie, tzw. poniemieckie, a także te przywiezione przez Polaków ze wschodu. Ruiny zamku stały się miejscem licznych imprez kulturalnych, co pokazało konieczność zagospodarowania kolejnych pomieszczeń na terenie obiektu. Władzom udało się pozyskać środki i przeprowadzono z rozmachem kolejne prace remontowe. Otwarcie najstarszego renesansowego skrzydła zamku i budynku po dawnej kaplicy odbyło się wiosną 2008 r. Po remoncie rozpoczęła się dyskusja, jak wypełnić treścią pomieszczenia przewidziane na muzeum i salę koncertową. W Krośnie powszechnie nazywa się zamek piastowskim, ponieważ jego fundamenty położył wspomniany już Henryk I, w piwnicach zachowały się jeszcze gotyckie sklepienia z jego czasów. Cała reszta jest jednak dziełem wdów po margrabiach brandenburskich, które rezydowały tu od 1571 r. I tak najstarszą renesansową część zawdzięczamy inwencji księżnej Katarzyny (1518-74) - żony Jana Kostrzyńskiego, oddany właśnie do użytku budynek po kaplicy wybudowany został na zlecenie Elżbiety Charlotte - księżniczki von Pfalz (1597-1660), matki Fryderyka Wilhelma zwanego wielkim elektorem brandenburskim.
Często odnoszę wrażenie, że ta niemiecka przeszłość uchodzi w Krośnie za niechlubną, za balast, z którym nie bardzo wiadomo, co począć. Narodowy patriotyzm, w duchu którego zostaliśmy wychowani, wymaga eksponowania tego, co polskie, stąd taka popularność piastowskiej przeszłości w Krośnie. Ale można przecież równolegle być Polakiem-patriotą i patriotą lokalnym, który żywo interesuje się i pracuje dla dobra swojej małej ojczyzny. I skoro w miejscu zamieszkania znajdujemy ślady obcej nam kultury, a jest to kultura wysoka, która powstała w wyniku najróżniejszych wpływów i pracy artystów, którzy przebywali na tych ziemiach przed wiekami (mamy do czynienia nie tylko z architekturą niemiecko-pruską, ale i z włoskim renesansem, habsburskim barokiem i stylami z innych epok), to czemu nie traktować ich jako dziedzictwa ogólnoeuropejskiego, które jest bogactwem, które odziedziczyliśmy po wcześniejszych pokoleniach? W małomiasteczkowych środowiskach ścieranie się partykularnych interesów uniemożliwia często wypracowanie koncepcji, która w sposób kompleksowy zajmowałaby się prezentacją dziejów miasta i regionu.

Z podobnymi problemami, dotyczącymi różnych poglądów na sposób przedstawiania historii i wpływania na budowanie tożsamości regionalnej, mamy do czynienia w większości miast Nadodrza. Spory dotyczą albo poszczególnych grup interesów, albo społecznicy nie mogą przekonać do swoich pomysłów władz samorządowych i w ten sposób mają związane ręce do dalszych inicjatyw. Wychodząc naprzeciw tym problemom, działający przy Uniwersytecie we Frankfurcie Instytut Historii Stosowanej (www.instytut.net) zorganizował w lutym konferencję "Naprzód i nie zapomnieć? Nowe podejścia do historii na Ziemi Lubuskiej i w Brandenburgii" (zob. "GCh" nr 8), w której wzięło udział ponad stu regionalistów z obu stron Odry. Konferencja dała możliwość wymiany doświadczeń i intensywnych dyskusji podczas warsztatów tematycznych. Jeden z nich poświęcony był nowym koncepcjom muzeów regionalnych. Pod hasłem "Renesans muzeum" dyskutowaliśmy m.in. nad potrzebą bardziej skoordynowanej współpracy muzeów i izb muzealnych nad Odrą i wypracowania wspólnej oferty dla turystów. Mowa była w szczególności o rozwijającej się infrastrukturze turystyki wodnej i o tych grupach, które podróżować będą Odrą i zatrzymując się w poszczególnych miejscowościach, szukać będą oferty kulturalnej i możliwości zapoznania się z historią i specyfiką odwiedzanego miejsca.
Poza wspomnianymi już wcześniej miastami, mowa była o Słubicach i Frankfurcie, które wspólnie starają się być coraz bardziej atrakcyjne turystycznie, a jednocześnie niedomagają w poszczególnych, wydawałoby się oczywistych kwestiach, jak chociażby dwujęzyczność ekspozycji muzealnych. Okazuje się, że potrzeba wychodzenia z ofertą kulturalną do mieszkańców Słubic i okolic w przypadku Muzeum Viadrina we Frankfurcie jest wprawdzie dostrzegana, lecz z przyczyn zapewne nie tylko finansowych nierealizowana. Podobnie się ma sprawa w niezwykle interesującym muzeum w Bad Freienwalde. Ekspozycja dotycząca historii osuszenia Łęgów Odrzańskich i życia mieszkańców tego regionu po obu stronach Odry znana jest, niestety, tylko bardzo nielicznym Polakom.

Muzeum w Chojnie wypełni lukę w postrzeganiu regionu jako całości
Na brak gości zza Odry nie mogą natomiast narzekać mieszkańcy takich miasteczek, jak Cedynia czy Chojna. Ich walory historyczne i turystyczne oraz liczne wspólne inicjatywy polsko-niemieckie, jak chociażby stawiana od wielu lat za przykład odbudowa kościoła Mariackiego w Chojnie, rozsławiły je po obu stronach rzeki. Podczas konferencji przedstawiony został projekt utworzenia w Chojnie muzeum poświęconego nie tylko historii samego miasta, ale także regionowi Nowej Marchii, którego stolicą była Chojna w przeszłości. Stworzenie nowego muzeum jest niewątpliwie przedsięwzięciem trudnym i wymaga ogromnego zaangażowanie pomysłodawców oraz - a może przede wszystkim - zrozumienia i wsparcia władz lokalnych. W planowanej sieci muzeów i atrakcji turystycznych nad Odrą Chojna odgrywać będzie niewątpliwie znaczącą rolę i warto byłoby, aby główną atrakcję miasta - kościół Mariacki - uzupełnić o kompetentną i rzetelną prezentację historyczną i w ten sposób wypełnić lukę w postrzeganiu regionu jako pewnej historycznej całości.
W interesie regionalistów, ale przede wszystkim władz samorządowych miast i gmin nadodrzańskich powinno być wypracowanie wspólnej oferty turystycznej i propagowanie Odry jako drogi wodnej, gdyż ta jest niewątpliwie atrakcją na skalę europejską. Warto, aby wraz z nią szło porzucenie działań w pojedynkę i myślenie w kategoriach regionu, postrzegając się jako jego część. Tylko w sieci, z Odrą w sieci, mamy szansę zaistnieć w globalnej wiosce.
Beata Halicka

Dr Beata Halicka - germanistka i kulturoznawca, studia w Zielonej Górze, następnie doktorat w Hochschule Vechta (Niemcy), od 2003 r. związana z Europejskim Uniwersytetem Viadrina we Frankfurcie n. Odrą. Autorka trzech monografii, m.in. dwujęzycznej książki pt. "Krosno Odrzańskie/Crossen an der Oder 1005-2005. Wspólne dziedzictwo kultury/Das gemeinsame Kulturerbe". Wraz z prof. Karlem Schlögelem jest redaktorem publikacji "Odra-Oder. Panorama europejskiej rzeki" (Wydawnictwo Instytutowe, Skórzyn 2008, wydanie niemieckojęzyczne Berlin 2007), powstałej w ramach projektu "Odra-Oder. Region nadodrzański w Europie. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość" przy Katedrze Historii Europy Wschodniej, www.kuwi.euv-frankfurt-o.de/de/lehrstuhl/kg/osteuropa/projekte/odraoder/index.html

("Gazeta Chojeńska" nr 10 z 10.03.2009)


Czy Chojnę stać na muzeum, a jeżeli tak, to na jakie?

Nie ulega wątpliwości, że Chojna, miasto z bogatą historią i takimiż zabytkami średniowiecznej architektury, muzeum powinna mieć. Oczywiście, że chciałoby się, aby było to muzeum dawnej Nowej Marchii (to z racji tego, iż Chojna, a raczej Königsberg NM był niegdyś niepisaną stolicą tej prowincji i największym jej miastem) lub co najmniej samorządowe Muzeum Regionalne Ziemi Chojeńskiej. Jako rozkochany w tym mieście i w jego nietuzinkowej wartości historycznych budowlach, a także jako dawny mieszkaniec Chojny, jestem jak najbardziej za jego powstaniem. Nachodzą mnie jednak wątpliwości natury ekonomicznej i w związku z tym postawię pytanie: czy w dobie kryzysu gospodarczego kraju stać miasto Chojnę na muzeum samorządowe ? Obawiam się, że długo, długo nie.

Jeżeli takie muzeum nie powstało w czasach dobrej prosperity miasta w latach 90. (zyski z bazaru w Krajniku Dolnym), to wątpię, aby dzisiaj dzielone skrupulatnie przez radnych pieniądze z niewielkiego gminnego budżetu trafiły na utworzenie muzeum, a nie np. na grożącą zamknięciem kolejną szkołę. Moja Chojna (1975 r.) to miasto z opustoszałą starówką (puste, porośnięte trawą kwartały dawnej śródmiejskiej zabudowy), z ruinami kościoła farnego i ratusza, z czynnym sowieckim lotniskiem, z prywatnym muzeum chojeńskiego aptekarza, ze sklepem meblowym we wnętrzu XVIII-wiecznego arsenału, z czynnym basenem kąpielowym oraz z jedyną placówką kulturalną - biblioteką na poddaszu starej siedziby magistratu. Było to wówczas miasto niemalże wymarłe, ze wspaniałymi zabytkami architektury.
Chociaż rozbudowa czy raczej trwająca po dziś dzień zabudowa Starego Miasta poprawiła znacznie wizerunek Chojny, to wiele rzeczy zapamiętanych w tamtym okresie uległo dewastacji lub całkowicie zniknęło z pejzażu kulturowego miasta. Mam na myśli niepowetowane straty wynikające z bezmyślnej dewastacji istniejących w latach 70. długich fragmentów murów miejskich (odcinki - północny i południowy), rozebranie zabytkowego budynku arsenału (stał on w narożniku krzyżujących się ulic Malarskiej i Piekarskiej), likwidację uliczki Wieżowej, dewastację basenu oraz wycinkę drzew na zabytkowej alei brzozowej.

Zabytkowe chojeńskie mury miejskie z każdym rokiem są coraz bardziej zdewastowane. Przybywa odcinków, na których sami chojnianie rozebrali je całkowicie (fot. rr)
Chojna miała swój dobry czas, ale go zaprzepaściła. Porównując miasto z innymi, porównywalnymi miejscowościami, nie wygląda najlepiej. Betonowe słupy z napowietrzną linią energetyczną oraz połamane, cementowe płytki na chodnikach przy głównych ulicach Starego Miasta nie wystawiają dawnym włodarzom Chojny najlepszego świadectwa. Widać, że dopiero teraz miasto łapie drugi oddech. Odnowiony w ostatnim czasie plac przed ratuszem, kościelny taras widokowy, rewitalizacja ul. Malarskiej, Klasztornej i podmurnej uliczki (na odcinku Baszta Bociania - Baszta Więzienna) tworzy namiastkę dawnego, historycznego klimatu miasta. Chojna wychodzi powoli z zapaści, z chwilowego zachłyśnięcia się mamoną (zarobieniem dużych pieniędzy na granicy).
Obecnie nadszedł nowy czas, czas ludzi młodych i wykształconych, zainteresowanych miejscem swojego zamieszkania i miejscem swojej lokalnej tożsamości. Jest to czas odkrywania nieznanej dotychczas historii własnego miasta. To, co nie było realne w latach funkcjonowania bazaru w Krajniku, realne jest dzisiaj. Dni Integracji Europejskiej, Przyjaźni i Tolerancji, spotkania z byłymi mieszkańcami Chojny, organizowane przez mieszkającego w Szczecinie chojnianina dr. R. Skryckiego sesje naukowe i wydawnictwa poświęcone dawnej i współczesnej historii miasta pn. "Chojna i okolice na przestrzeni wieków" powodują, że Chojna dogania dawne kulturowe zaniedbania. Do pełnego szczęścia brakuje jeszcze miastu i jego mieszkańcom nawyku dbania o dobra dziedzictwa kulturowego (czyt. mury obronne), historycznej monografii oraz MUZEUM.

Ale czy Chojna potrzebuje modnego ostatnio tzw. muzeum żywego, jak napisała miejscowa poetka? Chojeńskie muzeum (należy zacząć od niewielkiego) powinno być przede wszystkim instytucją naukową (muzealna biblioteka, ekspozycje: archeologia ziemi chojeńskiej, początki Chojny, zakony rycerskie i ich działalność, mistrz Henryk Brunsberg i jego dorobek, dzieje rzemiosła w Chojnie, sztuka sakralna itp.) o międzynarodowym znaczeniu. Takie muzeum widzę (zorganizowane we współpracy Urzędu Miejskiego z ks. prałatem Chodakowskim) w zabytkowych, sklepionych pomieszczeniach dawnego chojeńskiego klasztoru augustianów.
Grzegorz Graliński
Strzelce Krajeńskie (Friedeberg NM)
("Gazeta Chojeńska" nr 11 z 17.03.2009)


Czy Chojnę obecnie stać na muzeum, na które niewątpliwie zasługuje...

Z ogromną uwagą przeczytałam głosy, jakie pojawiły się w kolejnej dyskusji zainicjowanej przez "Gazetę Chojeńską" na temat idei powołania do życia muzeum w Chojnie. Chciałabym jednak zadać nieco zmodyfikowane pytanie: Czy Chojnę obecnie stać na muzeum, na które niewątpliwie zasługuje...

Jestem osobą, która uwielbia pamiątki przeszłości i sama je gromadzę z przyjemnością, a czynię tak nie przez nadmierny sentymentalizm, ale przez dawno ugruntowane poczucie odpowiedzialności za zabezpieczanie śladów przeszłości dla przyszłości. Na przełomie 2001/2002 r. w Gryfinie, którego burmistrzem był jeszcze Wojciech Długoborski (obecny zastępca burmistrza Chojny), powstała koncepcja programowo-przestrzenna rewitalizacji Bramy Bańskiej na potrzeby nowej instytucji kultury - Muzeum Regionalnego, zwanego Muzeum Odry w Gryfinie. Miałam zaszczyt pracować w gremium, które opracowywało tę koncepcję. Jednak zbliżał się koniec kadencji, a po 2002 r. nowe władze Gryfina nie powróciły do tej koncepcji. Zwracam uwagę na proponowaną wówczas nazwę, bowiem gdy przeczytałam w "GCh" bardzo interesujący artykuł dr Beaty Halickiej o tym, że "docelowo planowane jest umieszczenie wystawy jako stałej ekspozycji we Frankfurcie lub Słubicach, tworząc tym samym podstawę do planowanego Muzeum Odry" - to doznałam jakby zjawiska déjá vu (już widziane).

Nie dbamy o dokumentowanie pamięci
Dlaczego uważam, że gromadzenie pamiątek przeszłości i teraźniejszości dla przyszłych pokoleń jest tak ważne? Byłam kiedyś w Muzeum Regionalnym w Bersenbrück. Wzruszyło mnie i zastanowiło to utrzymywane z ogromnym pietyzmem miejsce. Niemcy na bieżąco dokumentują i zabezpieczają w muzeum swoją historię i tożsamość. To, że w powiecie gryfińskim - największym powiecie ziemskim naszego województwa - w 64 lata po wojnie nie ma ani jednego muzeum regionalnego oprócz wojennych izb-muzeów w Cedyni, Siekierkach i Gozdowicach - jest straszne. Okazuje się, że my - naród, który lubi dużo mówić o swoim patriotyzmie i szacunku do historii - de facto nie dbamy o dokumentowanie pamięci o naszych przodkach, ale także o nas samych. Ileż oficjalnych i domowych archiwów, zbiorów pamiątek i dokumentów zginęło - nie w zawierusze wojennej, ale... na śmietnikach. Absolutnie zgadzam się z tym, co napisał Matt Gerald: "Muzeum jest nie tylko miejscem gromadzenia i ochrony dzieł sztuki, lecz również obszarem, w którym dochodzi do podstawowego dla kultury konfliktu między nostalgią czasu zapamiętanego a dynamiką popychającą nas ku przyszłości. Muzeum jest kwintesencją czasu przyszłego - tu rozgrywa się zasadnicze pytanie o kształt publicznego zarządzania kulturą".

Co mówi ustawa?
W Polsce, w oparciu o ustawę o muzeach z 21 listopada 1996 r. muzea mogą być tworzone przez ministrów i kierowników urzędów centralnych, jednostki samorządu terytorialnego, osoby fizyczne, osoby prawne lub jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej. W związku z tym także (ale nie tylko) samorządy terytorialne (gminne, powiatowe i wojewódzkie) mogą tworzyć muzea. Muzeami samorządowymi są te utworzone albo przejęte przez samorząd. Podmioty tworzące muzea są obowiązane: zapewnić środki potrzebne do utrzymania i rozwoju muzeum, zapewnić bezpieczeństwo zgromadzonym zbiorom, sprawować nadzór. Muzeum jest jednostką organizacyjną, nienastawioną na zysk, której celem jest trwała ochrona dóbr kultury, informowanie o wartościach i treściach gromadzonych zbiorów, upowszechnianie podstawowych wartości historii, nauki i kultury polskiej oraz światowej, kształtowanie wrażliwości poznawczej i estetycznej oraz umożliwianie kontaktu ze zbiorami. Muzealiami są rzeczy ruchome i nieruchomości wpisane do inwentarza muzealiów. Muzealia stanowią dobro ogólnospołeczne.
Muzea będące samorządowymi instytucjami kultury mogą być łączone tylko z muzeami, a to oznacza, że gdyby samorząd utworzył muzeum, to nie może go połączyć instytucjonalnie np. z domem kultury lub biblioteką. Co do zasady - muzea to nie są instytucje komercyjne, nastawione na zysk - a jednak wstęp dla odwiedzających jest w zasadzie odpłatny (jeden dzień w tygodniu nieodpłatny). Zgodnie z ustawą, pracownicy muzeów muszą spełniać wymagania określone w rozporządzeniu ministra kultury i tworzą zawodową grupę muzealników, do której wchodzą asystenci, adiunkci, kustosze i kustosze dyplomowani.

Muzea to potrzebny luksus
Tyle ustawa, a jakie są lokalne realia? Oczywiście bez sensu jest tworzenie wirtualnych projektów, nieracjonalne jest też nieposiadanie w ogóle żadnych planów i "muzealnych" wizji. Nie przymierzyło się do powołania do życia muzeum bogatsze Gryfino, trudno więc się spodziewać, że natychmiast będzie to możliwe w Chojnie. Zwłaszcza że ostatnio niektórzy radni Chojny postanowili obciąć o 100 tys. zł dotację dla jedynej obecnie komunalnej instytucji kultury, jaką jest Centrum Kultury z biblioteką. Trudno zatem przypuszczać, aby chcieli wyasygnować jakiekolwiek pieniądze na powstanie nowej instytucji kultury, jaką byłoby ew. muzeum. Nie jest trudne powołanie czegoś do życia, ale trudniejsze jest finansowanie i rozwój placówki, bowiem nie sztuką jest urodzić, sztuką jest wychować i utrzymywać. Czy samorząd, który głosami swych radnych obcina wydatki na kulturę i promocję, stać na to, aby w tej chwili tworzyć nowe instytucje kultury, nawet wtedy, gdy obiektywnie są one potrzebne? Może inicjatywa powołania do życia muzeum mogłaby być podjęta przez władze powiatu gryfińskiego? Wprawdzie powiat od dwóch lat raczej pozbywa się powiatowych zadań (domów pomocy społecznej, szkół specjalnych i ponadgimnazjalnych, PZD i dróg powiatowych - na rzecz gmin), ale kto wie, może władze powiatu zechcą się podjąć takiego nowego wyzwania, jak np. Muzeum Powiatu Gryfińskiego? Oczywiście misji takiej mogą się podjąć także inne podmioty: stowarzyszenia pozarządowe, osoby fizyczne i prawne. Może gmina mogłaby wspomóc takie podmioty np. wskazaniem gminnych obiektów do adaptacji lub rewitalizacji? W Polsce działają już prywatne muzea, galerie, udostępniane są zbiory miłośników historii i sztuki. Istnieją także kulturalne instytucje samorządowe, powstałe dzięki kolekcjonerom prywatnym, jak np. Miejskie Muzeum Zabawek ze zbiorów H. Tomaszewskiego w Karpaczu. Warto szukać formuły organizacyjnej, miejsca, mecenasów dobrych pomysłów i pieniędzy. Bo muzea są potrzebnym luksusem, który pozwoli ocalić pamiątki przeszłości, aby nie dotknął ich i nas - "cud niepamięci" - jak śpiewał mój ulubiony Stanisław Sojka.
Ewa De La Torre
Autorka jest z wykształcenia prawnikiem. Przez 10 lat była dyrektorem Gryfińskiego Domu Kultury, w latach 1999-2002 sekretarzem miasta i gminy Gryfino, następnie w latach 2002-2006 starostą gryfińskim. Wiceprzewodnicząca działającego od 15 lat Chojeńsko-Gryfińskiego Stowarzyszenia Wspólnej Europy w Chojnie. Jest pomysłodawczynią i realizatorką takich przedsięwzięć promocyjnych, jak m.in. Ogólnopolski Turniej Instrumentalistów Ludowych, Gryfińskie Spotkania Rockowe, Dni Gryfina, Niemiecko-Polskie Dni Muzyki, Gryfiński Powiat Magnoliowy oraz Gryfiński Bocian - przyznawana od 2006 r. nagroda starosty.
("Gazeta Chojeńska" nr 12 z 24.03.2009)


Jeszcze raz o muzeum w Chojnie

Czując się wywołanym tekstem Ewy De La Torre ("GCh" nr 12), dotyczącym powołania muzeum w Chojnie, chciałbym odnieść się do zawartych tam uwag. Zacznę jednak od gorzkiego spostrzeżenia, podsumowującego dotychczasową dyskusję. Oto głos w sprawie zabrali tylko (poza jednym wyjątkiem) ludzie spoza Chojny. Nauczyciele historii czy języka polskiego, którzy ex definitione powinni być najbardziej zainteresowani - milczą. Władze miasta - wydaje się - przyjęły pozycję wyczekującą, co pozostałym mieszkańcom nolens volens daje czytelny sygnał, że nie jest to inicjatywa "nasza". Czy w tej sytuacji należy odłożyć ideę powołania muzeum na półkę, do bliżej nieokreślonej przyszłości? Pytanie pozostaje otwarte.

Z tekstu Ewy De La Torre wieje pesymizmem, by nie rzec defetyzmem. Tytułowe pytanie "Czy Chojnę stać...?" już samo w sobie zawiera odpowiedź. Wymowy nie łagodzi dyplomatyczne "...na które zasługuje". Według autorki muzeum to luksus, a w domyśle: na który pozwolić sobie można tylko w czasach prosperity. Czy mamy więc czekać na kres światowego kryzysu, po którym Chojna bez wątpienia wyrośnie na tygrysa gospodarczego regionu (którym była gdzieś w późnym średniowieczu)? Nigdy nie twierdziłem, że gmina miałaby ponieść koszty powołania takiej placówki. Jest oczywiste, że źródeł finansowania należałoby szukać w środkach zewnętrznych (unijnych). Co więcej, pomijając aspekt kulturowy, miasto mogłoby stać się wymiernym beneficjentem takiej inicjatywy. Gdyby siedzibę muzeum ulokować np. w budynku dawnego WOP-u, zdobyte z zewnątrz środki do adaptacji na cele muzealne partycypowałyby znacznie w ogólnych kosztach poniesionych na jego remont. Może to mieć zastosowanie także do innych budynków (np. na Lotnisku). Wobec takiej alternatywy, czy ponoszone co miesiąc koszty utrzymania nie bilansują się? Słusznie zauważyła autorka, że muzeum jest instytucją non profit, ale przecież nie wszystko musi przynosić zysk finansowy. Warto dostrzec także wartości ważniejsze i bardziej uniwersalne.
Muzeum to nie tylko luksus. To także konieczność. Degradacja pomników przeszłości odbywa się na naszych oczach, za naszym przyzwoleniem, a często z naszym udziałem. "Zniknięcie" trzech dziewiętnastowiecznych dzwonów z kościoła w Mętnie, sypiące się ze ścian średniowieczne freski w kościele w Mętnie Małym, pałace w stanie zaawansowanego rozkładu czy "najświeższy" przykład - zamek w Swobnicy. Tutaj potrzebne są zinstytucjonalizowane akcje, za którymi swoją powagą stałoby na przykład muzeum (bo, jak widać, nikt inny nie czuje takiego imperatywu), wspierające pospolite ruszenie pasjonatów z całego kraju, których częstokroć łączy to, że kiedyś gdzieś byli przejazdem, a więc jako nieosadzeni w pewnej społeczności nie do końca mogą zrozumieć jej potrzeby.

Wypada też odrzucić propozycję powołania alternatywnie muzeum powiatu gryfińskiego (co nie znaczy, że takiemu muzeum jestem przeciwny, choć nie wiem, jaka miałaby być jego formuła), a trudno serio myśleć o umieszczeniu takiej instytucji docelowo w bramie miejskiej, gdyż sprowadzi to poważne zamierzenie do roli "hajmatsztube" - izby pamięci. Powiat gryfiński to hybryda historyczna, trudno byłoby pogodzić dzieje tak dwóch różnych historycznie ośrodków, leżących przez długi czas w różnych organizmach państwowych, a potem w różnych prowincjach jednego państwa, i stworzyć z nich spójną i logiczną całość. Bo przecież gros zadań muzeum ma polegać na odtwarzaniu i badaniu przeszłości (oprócz dokumentacji teraźniejszości). Ta dychotomia byłaby widoczna, a ponadto jest pewne, że mniejsza Chojna przytłoczyłaby bogactwem swoich dziejów powiatowe Gryfino. Czy takie rozłożenie akcentów podobałoby się finansującym je władzom powiatu?

Autorka pisze także o wykwalifikowanej kadrze, a raczej o jej braku. Nie precyzuje tego, ale domyślam się, że może chodzić o absolwentów studiów muzealnych. W prężnie działającym muzeum w Stargardzie, którego aktywność może być stawiana za wzór tego typu placówek, nie ma ani jednego muzealnika z wykształcenia. Podobnie jest i w innych ośrodkach. Wszędzie podstawą kadrową są historycy, historycy sztuki czy archeolodzy, a więc dyscypliny reprezentowane w ramach działów muzeum. Asystent, adiunkt, kustosz to stopnie awansu zawodowego, które nabywa się po odpowiednim okresie pracy i nie wynikają one z kierunku wykształcenia.

Ważna jest myśl w artykule E. De La Torre, że zaczątkiem muzeum może być darowana kolekcja. Znam kilka takich przykładów, gdzie prywatna donacja pobudziła jakąś instytucję i stanowi podstawę jej zbiorów. Wielokrotnie już w rozmowach prywatnych (a teraz czynię to także na forum publicznym) deklarowałem przekazanie na rzecz muzeum swojej kolekcji kartografii nowomarchijskiej (ok. 100 obiektów) i praktycznie kompletnej ikonografii Chojny (dawne ryciny wraz z pocztówkami i fotografiami to ok. 400 pozycji). Uzupełnieniem miałby stać się także księgozbiór oraz wszelkiego rodzaju chojniana (w tym unikatowy, średniowieczny denar wybity w Chojnie). Sygnalizowałem też, że można wykorzystywać pewne "nisze" (jak np. kartografia czy ikonografia regionu), dzięki którym chojeńskie muzeum stałoby się wyjątkowe w skali ponadregionalnej. Jeżeli do tego dodalibyśmy prowadzone w nim lub pod jego szyldem badania naukowe, obejmujące nie tylko miasto, ale i dawną Nową Marchię (bo takich instytucji w tej chwili brak) - wtedy, jak sądzę, byłaby to placówka, która mogłaby stać się jedną z wizytówek miasta i której ani mieszkańcy, ani władze nie powstydziłyby się.

Na koniec chciałbym więc przedłożyć redaktorowi naczelnemu "Gazety Chojeńskiej" sugestię zamknięcia dyskusji o muzeum w Chojnie. W obliczu kompletnego braku zainteresowania mieszkańców i władz miasta można sądzić, że inicjatywa jest chybiona - w czasie i przestrzeni. Probierzem zainteresowania mieszkańców dziejami regionu i definiowaniem własnej tożsamości stanie się tworzony właśnie "Rocznik Chojeński", który ma w założeniu stać się pismem historyczno-społecznym. Jednak wyłożone wyżej konstatacje także i w tym przypadku nie napawają optymizmem.
Radosław Skrycki
Autor pochodzi z Chojny, jest zastępcą dyrektora Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego. W numerze 44 "GCh" z 28.10.2008 tekstem pt. "Jakiego muzeum Chojna potrzebuje?" zainicjował na naszych łamach dyskusję (opinie wszystkich dyskutantów dostępne są na www.gazeta.chojna.com.pl w linku "Jakie muzeum w Chojnie?").

Mam głęboką nadzieję, że dyskusja o muzeum w Chojnie nie jest jednak całkowicie zamknięta i że idea ta prędzej czy później spotka się ze zrozumieniem i zainteresowaniem burmistrzów i radnych - obecnych lub następnych
Robert Ryss - redaktor naczelny "Gazety Chojeńskiej"
("Gazeta Chojeńska" nr 13 z 31.03.2009)


Historia pewnego entuzjazmu

W ostatnim numerze "GCh" przeczytałam kolejną wypowiedź Radosława Skryckiego na temat idei stworzenia w Chojnie muzeum. Tekst powstał, ponieważ autor czuł się wywołany tekstem Ewy De La Torre ("GCh" nr 12). Robi się z tego teraz mały łańcuszek, gdyż ja z kolei czuję się wywołana tekstem R. Skryckiego, mimo że ani mieszkańcem, ani włodarzem Chojny nie jestem. Nie kryłam, ani na łamach "GCh", ani w wielu rozmowach z działaczami w naszym regionie, swego entuzjazmu dla tej idei. Ponadto w artykule wymieniany jest także "Rocznik Chojeński", do którego kolegium redakcyjnego Radek Skrycki mnie zaprosił i które to zaproszenie przyjęłam z równie dużym entuzjazmem. Dlatego tekst, do którego się odnoszę, i wyrażone w nim wielkie rozgoryczenie autora, dotyka mnie osobiście. Fakt ten pozwolę sobie przełożyć na równie osobiste odpowiedzi: Drogi Radku, do entuzjazmu nie można nikogo zmusić, entuzjazmem można jedynie innych zarazić. Szanowni Włodarze i Obywatele Chojny, Szanowni Obywatele Doliny Dolnej Odry, entuzjazmem można dać się zarazić, entuzjazmem można z pełną świadomością CHCIEĆ dać się zarazić. Można też swoją obojętnością go stłamsić, zdusić, zabić.

Jakby na zamówienie, w "Gazecie Wyborczej" z 28-29 marca pojawiły się dwa teksty. W artykule "Dumny naród stoi po kiełbasę" Jarosław Kurski pisze: "Stawką referendum akcesyjnego (do UE - przyp. SK) było przypieczętowanie najlepszej od 300 lat dla Polski dziejowej koniunktury. Przypomnijmy, że walka toczyła się nie między przeciwnikami i zwolennikami akcesji, ale między tymi, którzy poszli, a tymi, którym to wisiało. Tylko dzięki intensywnej kampanii i rozciągnięciu głosowania na dwa dni heroiczny nasz naród stoczył zwycięską walkę z własnym lenistwem i przekroczył 50-proc. próg ważności referendum o niecałe 9 proc.". Drugi tekst to wywiad Marcina Wojciechowskiego z Timothy Snyderem - profesorem historii w Yale University pt. "Zakładnicy pamięci". Profesor mówi tam m.in.: "Praktykując politykę historyczną, część Polaków zapędza się w pułapkę. Historia Polski jest taka, że Polacy mogą wymagać od Niemców czy Rosjan pewnej wrażliwości i szacunku. Nie trzeba do tego tworzyć mitów. Tym bardziej, że wasi wrogowie w Niemczech czy Rosji powiedzą, że to nie jest historia, ale właśnie mit. Narrację historyczną idącą w stronę mitu zbyt łatwo obalić. (...) Najsłuszniejsza polityka historyczna to otwarty dostęp do archiwów, swoboda badań dla historyków, konfrontacja różnych punktów widzenia".

Nam, Polakom urodzonym na tak zwanych "ziemiach odzyskanych", przyszło żyć w prawdziwej krainie mitów. Przyjmijmy to wyzwanie losu jednocześnie z godnością i pokorą. Nie uciekajmy od niego, zasłaniając się codzienną pogonią za kiełbasą. Kultura jest wyznacznikiem człowieczeństwa. Bądźmy ludźmi na co dzień - porozmawiajmy o muzeum! Bo nam, Polakom z "krainy mitów", bardziej potrzeba muzeów i solidnie pracujących historyków niż Polakom z regionów Polski tysiącletniej.

Zacznę sama rozmową z Andrzejem Jermarczykiem - prezesem Klubu Przyrodników ze Świebodzina.

Saba Keller: - Proszę przedstawić nam działalność stowarzyszenia.
A. Jermarczyk: - Klub Przyrodników działa na polu ochrony przyrody i edukacji ekologicznej. Oprócz biura w Świebodzinie, klub posiada dwie placówki terenowe: stację terenową w Owczarach koło Górzycy oraz Muzeum Przyrodnicze w Kostrzynie. Obie leżą na Ziemi Lubuskiej, w niewielkiej (11 km) odległości od siebie i ściśle współpracują. Muzeum w Kostrzynie to przede wszystkim ekspozycja przyrodnicza, jednak funkcjonuje tam także prowadzony przez nas punkt informacji turystyczno-przyrodniczej, księgarnia przyrodnicza (prowadząca także sprzedaż wysyłkową) oraz wypożyczalnia rowerów. Stacja w Owczarach, oprócz ekspozycji Muzeum Łąki, prowadzi schronisko turystyczne oraz realizuje szereg projektów ochrony krajobrazu rolniczego. W latach 1990-2000 klub posiadał także stację terenową w Bogdance k. Drawna. W 2001 r. obiekt został przejęty przez Drawieński Park Narodowy i od tego czasu niszczeje, jedynie w lecie służąc jako punkt gastronomiczny.
- Czy Klub Przyrodników jest stowarzyszeniem z działalnością gospodarczą? Ilu zatrudnia pracowników?
- Tak, klub prowadzi działalność gospodarczą, stanowi to ok. 1/4-1/3 naszych dochodów. Jest to głównie działalność ekspercka, opracowujemy różne dokumentacje, plany ochrony obszarów chronionych itp., ale także praca stacji terenowej w Owczarach, czyli oferta dydaktyczna dla wycieczek, noclegi, sprzedaż wydawnictw. Stowarzyszenie jest właścicielem lub zarządcą ponad 100 ha ziemi, na 35 ha otrzymujemy dotacje unijne z tytułu udziału w programach rolnośrodowiskowych. Stacja i działające przy niej Muzeum Łąki utrzymują się same, są tam zatrudnione dwie osoby. W muzeum w Kostrzynie jest zatrudniona jedna osoba na cały etat i jedna na pół. Poza tym Klub Przyrodników i jego biuro w Świebodzinie realizują liczne programy finansowane z różnych źródeł. Czasami trzeba którąś z placówek wesprzeć ze środków otrzymanych na realizację programu, ale jest to rzadkie. Ogólnie radzimy sobie dobrze i jesteśmy samodzielni.
- Jak powstały placówki? Kto jest właścicielem budynków?
- Notarialnym właścicielem nieruchomości i ziemi rolnej jest Klub Przyrodników. Kupiliśmy je od gminy za przysłowiową złotówkę. W chwili przejęcia były to ruiny, które zostały wyremontowane dzięki dotacji z EkoFunduszu, DBU i WWF.
- Czy samorząd wspiera działalność muzeum?
- Obecnie w zasadzie nie, poza sporadycznymi małymi kwotami, stanowiącymi 1-2% kosztów.
- Jak układa się współpraca ze szkołami?
- W miarę regularnie współpracujemy z kilkunastoma, z których grupy przyjeżdżają co roku na wycieczki czy obozy, poza tym stację odwiedza kilkadziesiąt innych grup. Nie można jednak mówić o stałych kontraktach. Rocznie odwiedza nas 40-50 grup autokarowych, czyli w każdej jest ok. 40 osób. Dużą konkurencją dla nas jest oferta dydaktyczna parków narodowych czy Lasów Państwowych, które oferują u siebie zajęcia za darmo. My musimy pobierać opłaty, jednak staramy się, aby nasza oferta była na tyle interesująca, aby przyciągnąć chętnych.
- Jaką radę miałby Pan dla osób chcących stworzyć muzeum - placówkę żywą i ważną dla regionu i jego społeczności?
- Jeśli miałoby to być tylko małe regionalne muzeum, to myślę, że nie dałoby się go utrzymać bez wsparcia samorządu. Przy zatrudnionej jednej osobie byłby to pewnie koszt rzędu 30-40 tys. rocznie. Gdyby jednak miała to prowadzić rzutka osoba, dobry menedżer, to przy 10-12 tys. odwiedzających rocznie i przy ciekawej ofercie dydaktycznej, czyli przy prowadzeniu zajęć dydaktycznych, na które bilety byłyby droższe, placówka miałaby szansę na to, aby w dużej części zarobić na swoje utrzymanie. Warto też poszukać sobie dobrego partnera. Byłem niedawno w Muzeum Żurawia koło Stralsundu, które jest finansowane przez Lufthansę. Mają ciekawą ekspozycję i przyciągają dużą liczbę odwiedzających. Wszystko zależy od ciekawej i dobrze przemyślanej koncepcji. W każdym razie życzę inicjatorom powodzenia.
- Dziękuję za rozmowę, a życzenia powodzenia przekażę dalej.
Saba Keller - Widuchowa
("Gazeta Chojeńska" nr 14-15 z 07.04.2009)


Chojnę powinno być stać na muzeum regionalne!

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem cykl artykułów - głosów w dyskusji o koncepcji powołania w Chojnie muzeum regionalnego. Ponieważ ostatnia wypowiedź Radosława Skryckiego ("GCh" nr 13) tchnie pesymizmem, pozwolę sobie wyrazić moich kilka zdań. Nie jestem wprawdzie mieszkańcem Chojny, ale niegdyś byłem z tym miastem i jego regionem mocno związany zawodowo i prywatnie. Stąd region ten stał się właśnie dla mnie bardzo bliski i interesuje mnie wszystko, co tu się dzieje. Naturalnie to nie przesądza jeszcze wszystkiego, ale wyrażę w pewnych kwestiach swoje osobiste zdanie.

Muzeum jest niezbędne
Powstanie muzeum regionalnego w Chojnie jest ponad wszelką dyskusję celowe i tej idei nie powinno się podważać. Otwarta pozostaje koncepcja zorganizowania takiej placówki, jej lokalizacja oraz koszta. Z naukowego i dydaktycznego punktu widzenia muzeum takie jest dla regionu chojeńskiego niezbędne. Przy jego organizacji z powodzeniem można wzorować się na muzeum w Stargardzie. Ono też początkowo miało duże trudności, ale dziś jest i pełni z powodzeniem funkcje nie tylko ekspozycji pamiątek historycznych, ale i doskonale integruje stargardzkie środowisko humanistyczne. Wielkim jego osiągnięciem jest bezsprzecznie wydawanie periodyku naukowego "Stargardia". Jak przyczynia się ono do rozwijania zarówno badań naukowych, jak i samego środowiska twórczej inteligencji w mieście, nie trzeba nikogo przekonywać. Podobnie może być w Chojnie. Skromne początki już są. W latach 2007-2008 opracowano i wydano tu dwie książki o historii regionu, do druku przygotowany został "Rocznik Chojeński", który ukaże się w tym roku. To już jest coś. Wszystko wskazuje na to, że są realne podstawy do utrzymania rocznika jako stałego pisma naukowego regionu. W Chojnie względnie w jego bliskim regionie tworzy się środowisko badawcze, a więc powstają kadry, które w przyszłości mogą swój los związać z muzeum. Znów nasuwają się uparcie analogie ze Stargardem. Ale ktoś może powiedzieć, że Chojna to nie Stargard, nie można porównywać ze sobą tych dwóch potencjałów. Ale to nie jest wystarczający argument. Dzisiaj Chojna jest małym miastem, pozbawionym poważnych czynników miastotwórczych. To prawda. Ale Chojna posiada wspaniałe tradycje w historii kultury, sięgające czasów średniowiecznych. Tę przeszłość można z powodzeniem wykorzystać. A tak á propos czynników miastotwórczych, to np. takie małe miasteczko, jak Wolin, ma swoje muzeum, które bazuje na przeszłości historycznej. Chojna również może wykorzystać ten czynnik. Podobnych przypadków w Polsce jest o wiele więcej.

Fakty uszanować i obiektywnie ukazać
Jak takie muzeum miałoby wyglądać od strony merytorycznej? Poniżej kilka luźnych propozycji z mojej strony. Na strukturę zbiorów/eksponatów niewątpliwie wpływ decydujący będzie wywierać przeszłość, ale nie tylko samego miasta, lecz całego regionu, dosyć dobrze oświetlonego źródłami z wczesnego średniowiecza. Może więc być tu bogaty dział archeologiczny (w magazynach Muzeum Narodowego w Szczecinie są niezmiernie bogate eksponaty z wykopalisk) oraz dział wczesnego średniowiecza, a więc okres słowiański z eksponatami o związkach tej krainy z Polską pierwszych Piastów. Jest tu co pokazać, kierując się tylko wzmiankami źródłowymi: zagadkowi i jeszcze niezupełnie zidentyfikowani Licikavici, Cedynia, Lubusz, Santok. Z pewnością był to obszar bardzo silnie penetrowany przez pierwszych naszych władców. Przełom w dziejach tej krainy, jak wiemy, nastąpił w XIII w., kiedy na oderwanym od Pomorza Zachodniego przez Brandenburgię terenie powstała obca zupełnie jednostka terytorialna o nazwie Nowa Marchia (Neumark). Jej dzieje biegły nieco innymi drogami aniżeli sąsiedniego Księstwa Pomorskiego czy Wielkopolski, nie zawsze po myśli naszej polskiej historii. Są to jednak fakty historyczne, nieodwracalne i należy je uszanować oraz w sposób obiektywny ukazać. Ekspozycja tego okresu powinna odzwierciedlać przeszłość całej Nowej Marchii. Byłoby to muzeum w perspektywie reprezentujące szeroko pojęty region. Należałoby podkreślić faktyczną rolę Chojny w gospodarce i kulturze Nowej Marchii okresu średniowiecznego i czasów nowożytnych oraz niemiecką historię tej krainy do 1945 r. Chojna uważana była w tym okresie za nieoficjalną stolicę kulturalną regionu. I wreszcie czasy najnowsze, polskie - od 1945 roku. Ten ostatni okres nie powinien nastręczać trudności przy gromadzeniu pamiątek przeszłości, a tych z pewnością nie brakuje u mieszkańców Ziemi Chojeńskiej i u prywatnych kolekcjonerów, spośród których niejeden chętnie odda je do muzeum. Piszą o tym zresztą autorzy w "Gazecie Chojeńskiej" i w dużej mierze sukces będzie zależeć od umiejętności działań organizatorów.

Gdzie ono ma być?
A co z siedzibą? Nieoficjalnie dowiedziałem się, że brana jest pod uwagę lokalizacja muzeum w budynku będącego niegdyś siedzibą WOP-u. Czynione są starania o jego remont. To byłaby najlepsza lokalizacja na taką instytucję. Należy robić wszystko, ażeby tam właśnie to muzeum znalazło swoje miejsce. Naturalnie, że trudności organizacyjnych przy powoływaniu będzie dużo. Całość prac należałoby podzielić na pewne etapy, spośród których pierwszy mógłby zacząć się już natychmiast: rozpocząć gromadzenie eksponatów, pamiątek, itd., a władze miejscowe oraz powiatowe winny udzielić organizatorom wszechstronnej pomocy. Tu nie powinny mieć miejsca jakieś partykularne argumenty typu: tu miasto powiatowe, tam mała mieścina. Chodzi o tradycję i rolę wychowawczą placówki.

To skandal, że muzeum jeszcze nie ma!
Tworzenie muzeów regionalnych, wyrażę chyba truizm, jest rzeczą niezwykle ważną dla przyszłych pokoleń. Weźmy przykład z naszych zachodnich sąsiadów. Tam, za Odrą, prawie w każdym mieście jest jakaś instytucja muzealna ściśle związana z regionem, doskonale funkcjonująca, odwiedzana licznie przez młodzież szkolną. Zwiedziłem i widziałem wiele takich muzeów. Niektóre z nich dla nas, Polaków, są dużym zaskoczeniem. Wymienię tylko dwa: Gross Raden i Oldenburg. W pierwszym zrekonstruowano w skali 1:1 całą słowiańską (obodrzycką) osadę z grodem i podgrodziem z X wieku oraz zaprezentowano ekspozycję wykopalisk archeologicznych - na skalę chyba większą aniżeli nasz Biskupin. W drugim, w Oldenburgu, tj. Stargardzie Wagryjskim k. Lubeki (była to stolica słowiańskich Wagrów) znajduje się podobna ekspozycja: z modelami chat z pełnym wyposażeniem wnętrza, sprzętami i narzędziami oraz modelami słowiańskich mieszkańców, w naturalnej wielkości. Można sobie wyobrazić, jaką siłę poznawczą i wychowawczą posiadają takie ekspozycje. A u nas? Prawdziwy skandal i niedołęstwo, że na tak dużym obszarze, jak region chojeński - i to o tak bogatej historii - nie ma ani jednego muzeum o retrospektywnym przekroju. Powinniśmy kierować się dewizą: Nie stać nas na myślenie, że nie stać nas na muzeum w Chojnie!
Tadeusz Białecki
Autor - ur. w 1933 r., profesor dr hab., pracuje w Zakładzie Historii Porównawczej Europy Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego. Wydał ok. 200 publikacji o Szczecinie i Pomorzu Zachodnim, redaktor naczelny Encyklopedii Szczecina. Pod jego redakcją ukazała się w 1969 r. monografia "Z dziejów Ziemi Chojeńskiej".

Burmistrz za muzeum
Burmistrz Chojny w rozmowie z pomysłodawcą powstania muzeum dr. Radosławem Skryckim zadeklarował poparcie dla tej idei. 16 kwietnia odbyło się w Chojnie zebranie inicjatywne stowarzyszenia, którego celem jest m.in. wspieranie powołania muzeum. Na 21 maja zaplanowano zebranie założycielskie.
(rr)
("Gazeta Chojeńska" nr 16 z 21.04.2009)


Muzeum wzmocni tożsamość mieszkańców

W naszej debacie o idei powstania muzeum w Chojnie dziś głos zza Odry. Wszystkie dotychczasowe teksty można przeczytać w zakładce "Jakie muzeum w Chojnie?".

Od października 2008 r. na łamach "Gazety Chojeńskiej" ukazują się kolejne głosy w dyskusji pod hasłem "Jakiego muzeum potrzebuje Chojna?". Zawierają one wiele ciekawych myśli, z którymi zapoznałem się z dużym zainteresowaniem. Sam prowadzę od prawie 32 lat założone w 1889 r. Muzeum Nadodrza (Oderlandmuseum) w Bad Freienwalde, które postrzega się jako muzeum regionalne kurortu, przełomu Odry (Oderbruch) i okolicy. To muzeum jest rezultatem obywatelskiego zaangażowania i od 1952 r. mieści się w dawnej szlacheckiej kamienicy na rynku. Jego praca w pierwszej kolejności ukierunkowana jest na rozwijanie poczucia tożsamości mieszkańców regionu, zachowanie jego historycznej i kulturalnej spuścizny i udostępnienie jej ogółowi społeczeństwa jako niepowtarzalnego oświatowego dobra. Odwiedzającym Nadodrze turystom muzeum dostarcza ogólnych danych o historii regionu i o szczególnym charakterze jego krajobrazu. Praca ta zorientowana jest na daleką perspektywę, ale kształtuje się w zależności od aktualnych warunków. Tu wyliczyć trzeba wolę polityków (w których gestii leży zapewnienie środków finansowych potrzebnych do prowadzenia placówki, czyli do uregulowania opłat i wynagrodzeń) oraz społeczne, obywatelskie zaangażowanie, którego przejawem jest grupa sympatyków i społeczna fundacja.

Takie muzeum mógłbym sobie wyobrazić także w Chojnie. Z miastem tym jestem związany od lat, ponieważ zajmuje mnie jego historia i działam w zarządzie polsko-niemieckiej Fundacji Kościół Mariacki w Chojnie, czym przyczyniam się do odbudowy tego imponującego zabytku. Chojna, niegdysiejszy Königsberg, mimo nieodwracalnych zniszczeń zachowała przecież jeszcze wiele ze swego historycznego wizerunku. Do niego zaliczyć należy obie bramy miejskie, znaczące pozostałości murów miejskich, dawny klasztor augustianów, odbudowany gotycki ratusz i oczywiście odbudowany kościół Mariacki z trzecią pod względem wysokości wieżą w Polsce. Takie asy, jak np. platforma widokowa w wieży, należy jak najlepiej wykorzystać. Przy zręcznym marketingu można dzięki temu przyciągnąć do miasta wielu turystów, którzy i dzisiaj przecież je odwiedzają. Goście chcą mieć możliwość zasięgnięcia informacji nie tylko o Chojnie, ale także o otaczającym ją krajobrazie, by móc wybrać się w ciekawe miejsca. Dlatego warto zwrócić szczególną uwagę na to, aby wszystkie prezentacje i towarzyszące im ulotki czy publikacje były przygotowywane zarówno w języku polskim, jak i niemieckim.

Dr Radosław Skrycki (inicjator powstania muzeum, pisał o tym w nr. 44 z ub. r. i w nr. 13 z tego roku - red.) jest gotów przekazać tworzącemu się regionalnemu muzeum na zalążek zbiorów swoją kolekcję map i innych materiałów źródłowych dotyczących historii miasta. Już teraz należy mu za to podziękować, gdyż byłby to bardzo dobry początek. Dr Beata Halicka ("GCh" nr 10) uważa, że muzeum w Chojnie zamknęłoby lukę, jaką jest brak postrzegania regionu jako całości. Tę tezę podtrzymuję bez żadnych zastrzeżeń. Chojna była jednym z centrów dawnej Nowej Marchii i jako miasto o nazwie Königsberg długi czas pełniła funkcję stolicy powiatu o tej samej nazwie. Ten historyczny region musi na nowo zaistnieć w świadomości tych, którzy dzisiaj są jego mieszkańcami, aby wiedza o jego historii mogła oddziaływać twórczo na rozwój tożsamości regionalnej. Z tego powodu badania naukowe, zbiory i ekspozycja w powstającym muzeum powinny być opracowywane bez lęków i przy odrzuceniu wszelkich mitów i prób ideologicznych usprawiedliwień początków historii miasta i kulturowego krajobrazu. Powinny zajmować się kilkusetletnią niemiecką historią miasta, okolicznościami i przyczynami głębokiej cezury w historii miasta w roku 1945, ucieczką i wypędzeniem Niemców, procesem nowego zasiedlenia miasta i regionu przez polskich mieszkańców, przemianami w życiu codziennym Niemców i Polaków w odniesieniu do określonego kontekstu dziejowego, odbudową oraz strukturami administracyjnymi i ich zmianami na przestrzeni wieków. Czas do tego dojrzał. Wręcz nawet popycha ku temu, ponieważ zarówno polscy, jak i niemieccy świadkowie wydarzeń ostatnich 80 lat już niedługo nie będę mogli odpowiedzieć na żadne pytania.

Z dużą uwagą należy wyjść naprzeciw propozycji dr Halickiej, by od samego początku tworzące się muzeum wpisać w sieć muzeów i innych turystycznych atrakcji po obu stronach Odry. W takiej sieci Chojna, już ze względu na swoje dwa wspaniałe zabytki, czyli kościół Mariacki i ratusz, będzie odgrywała rolę znaczącą. Także byłoby moim zdaniem bardzo cenne, gdyby do tych pomników architektury dołączyła przygotowana przez fachowców solidna prezentacja muzealna, której zbiory i ich opracowanie do celów edukacyjnych cechowałaby duża wartość oświatowa i informacyjna.

Wróćmy jeszcze raz do dr. Skryckiego. Trzeba przyznać mu rację w tym, że coś musi być początkiem i może rzeczywiście jako pierwszy przedstawiony powinien zostać historyczny obraz Nowej Marchii na mapach. Jednocześnie wydaje się, że sens miałoby zobrazowanie przemian wyglądu miasta i okolicy na przestrzeni ostatnich 400 lat. Oczywiście koniecznym jest znalezienie miejsca, gdzie taka ekspozycja przez dłuższy czas mogłaby być bezpiecznie i odpowiednio prezentowana.
Nie powinno przygnębiać niedostateczne zainteresowanie projektem ze strony miejscowych polityków i większości mieszkańców miasta, nad czym ubolewa R. Skrycki. Takie zainteresowanie będzie rosło powoli i dopiero wówczas znajdzie swoje ujście w prężnym wsparciu, gdy unaocznią się korzyści płynące z istnienia muzeum dla mieszkańców i turystów. Wśród miejscowych na dłużej i tak ostanie się jedynie wąskie grono, które będzie wspierało muzeum faktycznie i czynnie. Burmistrz i Rada Miejska powinni solidną prezentację historii Chojny i okolic uczynić jednym ze swoich politycznych celów, aby tym sposobem umacniać tożsamość ich miasta i uświadamiać jego oryginalną specyfikę. Każdy odwiedzający będzie się cieszył z możliwości zdobycia uporządkowanej wiedzy o historii miasta i regionu w sposób łatwy i nieskomplikowany. Pod tym względem podwyższy to atrakcyjność Chojny jako interesującego turystycznie miejsca. Patrząc perspektywicznie, wraz z powstaniem nowocześnie prowadzonego muzeum ukonstytuuje się miejsce wspierające rozwój tożsamości. Miejsce w którym historyczna spuścizna Chojny i jej regionu zostanie zachowana, i to w sposób możliwie pełny, oparty na naukowych podstawach.

Gdy powstanie grupa inicjatywna i sformułowane zostaną pierwsze koncepcje, chętnie włączę się w działania z moim głosem doradczym, jeśli takie byłoby życzenie tej grupy. W każdym razie cieszyłbym się bardzo, gdyby wysuniętą przez dr. Skryckiego ideę utworzenia w Chojnie regionalnego muzeum krok po kroku niezadługo udało się zrealizować.
Reinhard Schmook
(z niemieckiego tłum. Saba Keller)
Dr Reinhard Schmook, etnograf, od 1977 r. kierownik Oderlandmuseum (Muzeum Nadodrza) w Bad Freienwalde, kasztelan zamku Freienwalde wraz ze znajdującym się tam miejscem pamięci Walther-Rathenau-Gedenkstätte. Członek zarządu polsko-niemieckiej Fundacji Kościół Mariacki w Chojnie/Königsberg Nm. - projektu na rzecz odbudowy tego europejskiego pomnika architektury. W 1998 r. współautor polsko-niemieckiej objazdowej wystawy "Odra jako krajobraz kulturowy". Prowadzi badania etnograficzne i regionalno-historyczne Nadodrza, łącznie z Nową Marchią, czego owocem są publikacje na ten temat.
("Gazeta Chojeńska" nr 19 z 12.05.2009)

2017 ©  Gazeta Chojeńska